tel awiw am:pm

Pierwszą informacją jaką można znaleźć na temat Tel Awiwu jest, że to miasto nigdy nie śpi. To trochę tak jak z wypornością w Morzu Martwym, dopóki do niego nie wejdziesz to się nie przekonasz, choć wcześniej o tym wiedziałeś / wiedziałaś.
W TLV byłem już o czwartej rano. Na ulicach ciągle trwała szabatowa mesiba; pijane dziewczyny, połamane obcasy, „alkohol leje się strumieniem”. No niby nic dziwnego, szabat, europejsko-amerykańska stolica Bliskiego Wschodu – szał ciał i miśki haribo. Po piątej zaczęło wstawać słońce. Wypiliśmy kawę na dachu, po siódmej ruszyłem w miasto. Choć widno na ulicy impreza trwa nadal, klubowe after. Fast foody z parówkami, falafelami i pizzami ciągle otwarte. Na plaży czarnoskórzy staff sprzątają po nocy. Na brzegu muszelki i meduzy wyglądające jak bryły lodu (tutejsze są bardziej gęste), Izraelczycy w każdym wieku uprawiają jogging, gdzie niegdzie ktoś bez noclegu śpi smacznie lub dogorywa. Na wygrabionej i przeoranej plaży pojawiają się leżaki a słońce nieuchronnie wzbija się w górę. Przez cały dzień Rosjanie i Izraelczycy smażą się na plaży. Około dziewiętnastej, gdy „szemesz szel Israel” chowa się w morzu zaczyna się ponowne wygrabianie petów i kubków z piasku, oczywiście przez afrykańskich pracowników. To czas na ponowną dawkę sportu. Ludzie masowo grają w coś co można zobrazować połączeniem ping-ponga z bangbingtonem – dwie drewniane rakiety i czarna piłeczka. Grają prawie wszyscy, reszta pije wódkę z red bullem. Wśród graczy na całej szerokości plaży wyrastają puby z shishami i piwem i tak do trzeciej rano, potem może jeszcze piwo i powrót na plażę…
Jeżeli impreza to tylko w stolicy Syjonu.