Dać upust swoim sarmackim fobiom, rzeczą obowiązkową każdego szanującego się Polaka otoczonego obcokrajowymi wilkami. Nawet takiego reformowanego Lechity, który nie uważa się za ksenofoba i walczy z narodowym wstydem polskości.
[Lecimy.] Tylko garstka Polaków, grupa Izraelczyków i chyba Amerykanin siedzenie obok mnie. Swoją drogą PLL LOT umożliwia pisanie na laptopie tylko w pozycji „na kaczuszkę”, czyli łokcie szeroko, komputer wbity w żołądek. Wracając do tematu. Posiłek na pokładzie najłatwiejsza drogą do panicznego pytania: „I Jak ja to teraz zrobię, żeby się nie upaprać?” oraz „Co pomyślą inni jak się upaprzę?”. W takim przypadku potrzebny jest plan, wszystko musi być przemyślane i zsynchronizowane. Trzeba przewidzieć sposobność turbulencji oraz nagłego spadku ciśnienia w kabinie. Dwa pakunki: ciepły i zimy. Na początek ciepły, bo mniejszy łatwiej będzie sobie poradzić. Papierowa serwetka ląduje na kolanach w celu uniknięcia poplamienia spranego i skołtunionego koca. Teraz powoli, widelec za widelcem, ale z gracją, żeby nie było widać, że się staram. [Okej!] Narodził się problem, co zrobić z wilgotnym od sosu aluminiowym pudełkiem? Sprawnym ruchem spod fotela wyciągam folię po kocu i delikatnie wrzucam śmiecia. [Nieźle!] Pod kubek z napojem podkładam drugą serwetkę, żeby w razie czego nie pobrudzić stolika. Suchy posiłek przeszedł bez problemu. Plastik ląduje w torbie wraz z puszką i kubeczkiem. A ta biedna stewardessa musiała zbierać te utłuszczone śmieci od tych wstrętnych zagranicznych…
Polska perfekcja, aż chce się śmiać przez łzy. :-)