ramallah

Nie wiem kiedy minęła już połowa mojego pobytu w Izraelu. Czas płynie nieubłaganie a miejsc i rzeczy do zobaczenia jest jeszcze na parę lat. 
Ze względu na to, że nie lubię robić rzeczy jak wszyscy, to zamiast do nudnej, ale pięknej Hajfy wybrałem się do ciekawej i niekoniecznie ładnej Ramalli, stolicy Autonomii Palestyńskiej i zarazem największego miasta Zachodniego Brzegu Jordanu.
Rano z arabskiego dworca autobusowego w pobliżu Bramy Damasceńskiej znalazłem palestyńskiego busa jadącego bezpośrednio do Rammalah (koszt 6.5 NIS, ok. 20 min.). Miasto położone jest piętnaście kilometrów od Jerozolimy, do czasu Intifady Al-Aksa w 2000 r. było częścią jerozolimskiej aglomeracji miejskiej. Dzisiaj całe terytorium Zachodniego Brzegu odgrodzone jest od Izraela wysokim murem. Furtkami w tej fortyfikacji są przejścia graniczne przez Izraelczyków zwane „check point’ami”. Po przejechaniu przez wschodnią (arabską) Jerozolimę wyjeżdża się z miasta praktycznie pod sam mur, później wzdłuż zasiek do check pointu, gdzie o dziwo nie ma „checku” przy wjeździe. Po około dziesięciu minutach po opuszczeniu Izraela znalazłem się w centrum Ramallah. I tu zaczęły się schody.
Ja naprawdę chciałem się przygotować do tej podróży, ale informacje turystyczne na temat Palestyny są zdawkowe, nawet na oficjalnych witrynach rządowych. Jak się później okaże nie bez przyczyny. 
Wysiadłem na zatłoczonej ulicy. Byłem jedynym nie-arabem w promieniu nie wiem ilu set metrów. Nie wiedziałem gdzie mam iść więc zacząłem iść przed siebie. Po kilkunasty metrach doszedłem do serca miasta – Placu Manary. W rzeczywistości jest to rondo do którego zbiega się sześć ulic. Na wysepce po środku stoi pomnik, symbol miasta – cztery brzydkie lwy. Moje próby zapytania się gdzie tutaj jest muzeum, bo o takowym słyszałem kończyły się pytaniem „arawi?”, no niestety, ja nie arawi, trochę iwri, ale nie miałem zamiaru się do tego przyznawać, stopowany chęcią powrotu w jednym kawałku do Jerozolimy. Szczęście moje niezwykłe było, gdy zobaczyłem trzech palestyńskich policjantów – "oni pomogą!" Jeden z nich starał się mówić po angielsku a reszta była przemiła. Nie mogli jednocześnie pojąć po co Polak przyjechał do Ramallah i po co mu muzeum? Za to na pytanie o Mauzoleum Jasera Arafata z radością pokazali, azymut. Na koniec kazali mi zrobić sobie z nimi zdjęcie pamiątkowe (nie śmiałem prosić), ale skoro rozkaz… 
Rzeczywiście, po około pół kilometra slalomu pomiędzy czadorami zobaczyłem wieżę. To było to. Niemiłosiernie mili i cholernie znudzeni palestyńscy żołnierze pilnujący wejścia poprosili mnie o zostawienie u nich mojej torby, ze względów bezpieczeństwa, ale aparat, portfel i paszport, oczywiście mogę wziąć ze sobą. Zwyczajowo zapytali skąd jestem z czego jeden z nich nie wiedział co to „Poland”, na szczęście drugi mu wytłumaczył po arabsku. Ich angielszczyzna kończyła się na znajomości powitania i poproszenia o pozostawienie bagażu. Reszta konwersacji była miksem anglo-arabskim, za to bardzo zabawnym. Teren mauzoleum wyłożony jest jasnym kamieniem, sam budynek na zdjęciach wydaje się większy, w rzeczywistości to taki mały domek jednorodzinny. W środku przy grobie wartę pełni dwóch żołnierzy i trzeci pan z krótkofalówką. Do warty panowie przystąpili dopiero gdy pojawiłem się na horyzoncie, wcześniej siedzieli sobie przy jednym z okien. Zrobiłem zdjęcia, pokiwałem z aprobatą głową i wyszedłem obejść mauzoleum dookoła. Za mną wyszedł pan w czerni i zaczął szybko nadawać przez woki-toki. Z tyłu budynku znajdują się prostokątne oczka wodne rzucające na ściany miłe refleksy. Za plecami usłyszałem wołanie za mną czarnego pana „eee! eee!” oraz gest ręką oznaczający przywoływanie do siebie. Pan zapraszał mnie na uroczystą zmianę warty przy grobie. Zrobiłem zdjęcie, oraz filmik, czarny wyglądał na zadowolonego. Na zegarze była 10:20, dziwna pora na zmianę warty, chyba jako pierwszy turysta od kilku dni zasłużyłem na osobisty pokaz maszerowania i przekazania broni.  Na terenie mauzoleum znajduje się również coś co nie wiem czym jest, wygląda trochę jak meczet, trochę schodów, jakaś umywalnia w piwnicy, nie wiem co to było, ale to największy budynek kompleksu. Po ponownym wyjściu na plac zobaczyłem żołnierzy z nowej warty jak spacerują sobie znudzeni dookoła nagrobka Arafata. Nie mogłem się powstrzymać i wybuchnąłem śmiechem na co zmieszani panowie żołnierze wskoczyli na swoje miejsca. [Ot, wielka ściema.] Panowie strażnicy zapytali się mnie przy odbiorze torby, czy mi się podobało i powiedzieli, że bardzo się cieszą, że przyjechałem i witają. Poinformowali mnie również, że „bifor sefen monts Arafat Miuseum ołpen", co oznaczało, że otworzą je za siedem miesięcy. Dalej ruszyłem w nieznane.
Policjanci kierując mnie do mauzoleum pokazali mi również w którą stronę znajdę muzeum. Kazali iść tą ulicą i pytać się ludzi. Poszedłem i pytałem, lecz na hasło „muzeum” pytali „muzik?”. Niestety, na imprezę wpadnę następnym razem, teraz chciałem zasmakować palestyńskiej indoktrynacji, bo izraelskiej zaznałem już dosyć. Anglojęzyczny rozmówca znalazł mnie sam. Zaczepił mnie niewysoki mężczyzna w długich włosach z dużym drewnianym krzyżem na szyi. Powiedział, że pomoże mi znaleźć muzeum. 
„- Skąd jesteś? 
- Z Polski.
- Ooo Polska. To w Ameryce?
- Nie, w Europie.
- To dobrze!”
Mój przyjaciel (nie wiem jak miał na imię), prowadził mnie ulicami i zapewniał, że pokaże mi muzeum. Pan był trochę brudny, ale za to wesoły. Stwierdził, że mnie rozumie i też nienawidzi Arabów. Odpowiedziałem, że ja nie nienawidzę Arabów i że są dla mnie bardzo mili. Na co pan powiedział, że on tak strasznie kocha Izrael a Hajfa jest taka piękna! [Ciężki zawodnik do rozmowy.] W końcu wyznał mi, że potrzebuje dziesięć szekli, bardzo potrzebuje. Dostał pięć, na co odparł, że jeżeli nie mam dziesięciu to mogę dać mu dwadzieścia. „Nie, przyjacielu! Nie mogę.” Długowłosy zaprowadził mnie do sklepu odzieżowego swojego przyjaciela, który miał komputer i Internet. Niestety w sieci nie udało się mu znaleźć informacji gdzie szukać muzeum Ramalli. W tym czasie mój przyjaciel próbował przywłaszczyć sobie mój kapelusz. „Nie!” Na co odparł, że potrzebuje stu dolarów, bardzo potrzebuje. [sic!] „Nie, przyjacielu, dostałeś pięć i więcej nie dostaniesz.” Miły właściciel sklepu powiedział, że mogę iść do centrum kulturalnego i może tam mi powiedzą, co mogę tutaj zwiedzić. Niestety było to na drugim końcu miasta. Przyjaciel zaproponował mi, że mnie zaprowadzi. Grzecznie podziękowałem za pomoc. Od sklepikarza dostałem mapkę sporządzoną na kawałku papieru i napisaną po arabsku nazwą miejsca do którego próbowałem się dostać. Udało mi się nawet znaleźć na stronie turystycznej po Autonomii Palestyńskiej mapę miasta, ale panowie nie wiedzieli gdzie jest sklep a gdzie centrum kulturowe. No to w drogę.
Kilka przecznic dalej (szedłem według mapki sklepikarza) zauważyłem wieżę kościoła. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak się ucieszyłem na widok kościoła. (Chociaż nie, pamiętam, to było w Rzymie jak zobaczyłem Watykan z samolotu, ale to był raczej zachwyt.) "Mapa, oni na pewno będą mieli mapę." Pop wyśmiał mnie jak zapytałem o plan miasta. Pozostało iść dalej. Po około kilometrze dotarłem do dużego skrzyżowania przy którym błyszczał Hotel Royal. "Dzięki Ci Latający Potworze Spaghetti!" Recepcjonista zrozumiale władał angielskim, była mapa turystyczna i klimatyzacja. Niestety nikt nic nie słyszał o żadnym muzeum. Mapę dostałem gratis, choć dla gości hotelowych kosztowała pięć szekli. Na mapie zaznaczone było Old City. "Sababa, to idę na starówkę!" Wychodząc z hotelu minąłem stado kóz łażących się bez opieki po pogorzelisku. Stare Miasto okazało się być ternem koło kościoła greckiego w którym byłem. Na głównej ulicy palestyńskie dzieci sprzedawały owoce a muezin przez megafony nawoływał na modlitwę z pobliskiego meczetu. Poczułem, że nie mam tu za bardzo co robić. Zacząłem błądzić po ulicach miasta pachnącego grillowaną baraniną, roztopioną smołą i słodkim dymem fajek wodnych. Oglądałem, wąchałem, robiłem zdjęcia odpowiadałem na częste „Welcome in Palestine” rzucane od przechodniów i z jadących samochodów. Za moimi plecami wlókł się ogonek dzieci chcących popatrzeć na Pawelca. W pewnym momencie już nie miałem pojęcia gdzie jestem, żadnej z ulic na których się znajdowałem nie mogłem znaleźć na mojej mapie, która powoli się rozpadała. Zacząłem pytać ludzi czy mogą mi pokazać na mapie gdzie jestem, lecz oni ze zdumieniem patrzyli, że mam mapę miasta. Mój plan nie obejmował wielu ulic i mam wrażenie, że był pisany z pamięci, bo ni cholery nie odpowiadał rzeczywistości. Nie było tego złego, trafiłem do sklepu z męską odzieżą, gdzie kupiłem sobie cudowną czerwoną kefię, starannie wykonaną w przeciwieństwie do arafatek z jerozolimskiego bazaru.
Na mapie odnalazłem znalazłem Polską Misję Dyplomatyczną. "Dom, słodki dom, tam mi pomogą." Dotarcie na miejsce odbywało się według powyższego schematu, czyli nikt, nic nie wie; nikt nie mówi w żadnym europejskim języku, ale wszyscy mnie witają. Metodą prób i błędów, po zjedzeniu shoarmy od ulicznego sprzedawcy, odwiedzeniu arabskiego chrześcijańskiego cmentarza, po kolejnej godzinie marszu dotarłem na miejsce. Niestety, misja dyplomatyczna, owszem jest, ale nikt nie wie kiedy ktoś urzęduje w środku, nie ma informacji, nie ma nic. 
Tak też po czterech i pół godziny w palestyńskiej stolicy, wywąchaniu miasta i ogólnym rozbawieniu postanowiłem znaleźć busa numer 18, który zabierze mnie do Jerozolimy.
Na granicy wysiedliśmy (ja i Palestyńczycy) z busa ze wszystkimi swoimi bagażami i poszliśmy na kontrolę. Długą bardzo wysoką i wąską klatką przeszliśmy do elektronicznie otwieranej bramki, by pojedynczo poddać się kontroli bezpieczeństwa oraz paszportowej. Żołnierka siedząca za dziesięciocentymetrową pancerną szybą wydawała mi polecenia przez głośnik. Są to zabezpieczenia na wypadek zamachu bombowego. Paszport musiałem przecisnąć (dosłownie) przez małą szparkę pod blatem. 
Tak po wprowadzeniu moich danych do systemu wojskowego mogę się spodziewać długiej i nieprzyjemnej kontroli bezpieczeństwa na lotnisku.  
Polecam Ramallah jak ktoś będzie w Izraelu. Nie turystycznie, bardziej kulturoznawczo. Prężnie rozwijające się miasto, drogie samochody na zaśmieconych ulicach, kolorowe czadory, błyszczące męskie t-shirty, podróbki adidasa, zapach przypraw i smoły, zaskoczenie tubylców na widok kogoś z zagranicy (nie izraelskiego żołnierza). Miasto najbardziej odmienne kulturowo ze wszystkich, które widziałem.
PONIŻEJ DWA FILMIKI Z RAMALLAH: