Stało się. W liceum miałem trzy marzenia: dostać się do Krakowa na studia, pojechać do Izraela, być na koncercie Maanamu i dostać autograf Kory. Tikun się wypełnił moi drodzy, boże iskry zostały pozbierane, czas na mnie, mogę umierać.
Kora niezwykle rzadko daje koncerty od czasu oficjalnego rozpadu Maanamu. W międzyczasie były dwa. Bodaj w grudniu w Rzeszowie i wczoraj (6 maja 2010) w Krakowie. Byłem na nim, w pierwszym rzędzie przy barierce. Tak! Mało tego, Kora po koncercie dała jeden autograf i na tyle jestem w czepku urodzony, że płytę podpisała mi. Łatwo nie było: dziewczyny z wolontariatu zadzwoniły do szefa, że jest taki zagorzały fan i pobiegły z moim winylem "O!" do niego, szef poszedł do campera Kory i udało się. Niestety reszta fanów liczących na cokolwiek poza koncertem, została odesłana z kwitkiem. Podobno Kora powiedziała, że więcej autografów nie rozdaje [sic!]. Mam nadzieję, że to nie jest prawda. Korze nawet gwiazdorzenie jestem w stanie wybaczyć...
Koncert boski, po prostu! Nie poznałem Kory jak stała na schodach przy scenie. Myślałem, że to dziewczyna z chórku - wygląda bosko - figura 25latki, twarz 30stki, energia 18stki! Repertuar z marzeń, może tylko chciałbym usłyszeć jeszcze Kolekcjonera i Kraków, ocean wolnego czasu, tak było wszystko (w tym premiera nowej [obiecującej dużo] płyty zapowiedzianej na jesień tego roku). Klimat - dobry stary Maanam po liftingu. Akordeon trafiony w dziesiątkę. A jak wszyscy śpiewaliśmy Krakowski spleen. O Miriam, matko Mojżesza!
Szkoda, że organizatorzy Juwenaliów ustawili scenę 20 metrów od publiczności, za to mieli czego pilnować panowie ochroniarze.

